piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział Drugi

Cmoknęłam Sarę w policzek na przywitanie. Przewróciła oczami i nic nie mówiąc, weszła do kawiarni. Podreptałam za nią, a cichy dźwięk dzwonka oznajmił nasze przyjście. Wnętrze było jasne i ciepłe, w sam raz na spędzenie kilku miłych chwil, gdy na dworze padał zimny deszcz. W ceglanym kominku wesoło huczał ogień, a ze zdjęć na ścianie uśmiechało się kilka twarzy. Podejrzewałam, że to pracownicy. 
– Dzień dobry, co dla... O, cześć, Sara. – Ekspedientka miała czarne, króciutkie włosy, wygolone z jednej strony. Nad brwią błyszczał kolczyk w kształcie kulki, a spod rękawów białej, roboczej koszuli wyglądały kolorowe tatuaże. – To co zwykle? 
– Tak, ale dzisiaj na wynos. – Sara uśmiechnęła i położyła na blacie kilka dolarów. – To moja przyjaciółka, Leslie. – Wskazała na mnie dłonią. – A to Mindy.
Mindy skinęła mi głową i odwróciła się tyłem, żeby zaparzyć kawę. 
– Jak bardzo jesteś na mnie zła? – szepnęłam do Sary, opierając jej brodę na ramieniu.
– Zależy, jak dobre masz wytłumaczenie – odburknęła i założyła ramiona na piersi. 
Po kilku minutach Mindy wręczyła Sarze papierową torebkę. 
– Miłego dnia. – Mrugnęła do niej. 
– Wzajemnie. 
Gdy wyszłyśmy, opatuliłam się ciaśniej kurtką. Zimny wiatr rozwiał moje długie, brązowe włosy. Odgarnęłam je na jedną stronę, żeby nie wpadały mi do oczu. 
– Mów. Co było takie ważne, że mnie wczoraj wystawiłaś? – Wyjęła plastikowy kubek i upiła łyk, po czym zasyczała. 
– Znowu się oparzyłaś? Musisz być bardziej cierpliwa – zaśmiałam się, ale widząc jej poważne spojrzenie, mina mi zrzedła. 
Streściłam jej szybko wydarzenia z poprzedniego dnia, co chwilę upewniając się, że nikt nie jest w stanie usłyszeć, co mówiłam. Może w mieście Batavia w stanie Nowy Jork nie każdy z każdym się znał, ale lepiej dmuchać na zimne. 
– O cholercia – wydukała Sara, wytrzeszczając na mnie oczy. – Domyślasz się, o co mogło chodzić? – Kopnęła mały kamyk, a ten poturlał się po chodniku. 
Pokręciłam głową. 
– Może jakieś problemy w firmie twoich rodziców? – Podpowiedziała, wyciągając z torebki drożdżówkę. – Nie zapłacili mu, albo robili jakieś przekręty i się dowiedział? 
– Też na początku tak myślałam, ale coś mi w tym wszystkim nie pasuje. Ten facet był naprawdę dziwny... – Wcisnęłam dłonie do kieszeni. – Pół nocy nie spałam, próbując się w tym wszystkim rozeznać. Ale jak tylko dochodziłam do jakiegoś wniosku, to czegoś mi brakowało. 
– Cody coś wie? 
– Nie rozmawiałam z nim jeszcze. 
Ucichłam, gdy weszłyśmy do szkoły. Przy wejściu przywitały mnie puchary i medale umieszczone w szklanej gablocie. W większości srebrne, ale zdarzały się też złote. Na ścianach wisiały portrety w brązowych, drewnianych ramach. 
– Chyba pierwszy raz jestem tutaj przed innymi uczniami – powiedziała cicho Sara, strzepując z płaszcza okruszki drożdżówki. – Nie do końca mi się to podoba. Trochę jak w horrorze. 
Musiałam przyznać jej rację. W każdej szkole korytarze zawsze tętniły życiem. Nauczyciele nie mogli przekrzyczeć głośnych śmiechów i rozmów, ze wszystkich sal ludzie wylewali się tłumami, żeby dołączyć do wspólnej zabawy ze znajomymi i odpocząć od nużących wykładów. Teraz każdy krok odbijał się echem od wyłożonej kafelkami podłogi. Dało się słyszeć dziwne skrzypienie i jęczenie, które na pewno dało się wyjaśnić w jakiś racjonalny sposób, ale mimo wszystko włoski na karku stanęły mi dęba. 
– Chodźmy już do tej dyrektorki. – Pociągnęłam Sarę za rękaw, ciągnąc ją w stronę gabinetu. Szybkim tempem ruszyłyśmy przed siebie i zatrzymałyśmy się dopiero pod topornymi, dębowymi drzwiami. Srebrna plakietka głosiła: Melanie Porwott – dyrektorka. 
Zapukałam, a gdy usłyszałam wysoki głos mówiący: proszę, weszłam do środka. Od razu uderzył mnie słodki zapach lawendy.
– Dzień dobry, Leslie. – Starsza pani w długim, siwym warkoczu uśmiechnęła się sympatycznie. Wskazała mi ręką błękitny fotel. 
– Dzień dobry. – Usiadłam sztywno, splatając dłonie na kolanach. 
– Dostałaś już plan zajęć, złotko?
Skinęłam głową. Wiele się zmieniło od mojej ostatniej wizyty w tym pomieszczeniu, a nie mogło minąć więcej niż dwa tygodnie. Tym razem czarne biurko było schludnie uprzątnięte, papiery leżały poukładane w równy stosik. Zniknęły przeładowane teczkami regały, a ich miejsce zajęła duża, pojemna meblościanka. 
– Ładniej, prawda? – zapytała kobieta, widząc, jak się rozglądam. – W końcu to miejsce trochę odżyło. Ale, oczywiście, nie prosiłam cię, żebyś przyszła wcześniej i pochwaliła nowy wygląd mojego gabinetu. – Zaśmiała się sztucznie. – Dostałam kilka informacji od twojego starego dyrektora. Wiem, że zostałaś wydalona ze szkoły za bójkę i chciałam z tobą o tym porozmawiać. 
Zacisnęłam dłonie w pięści, ale spuściłam w oczy. W pomieszczeniu zapadła cisza. Po kilkunastu sekundach dyrektorka chrząknęła głośno. 
– Leslie, podobno nawet nie próbowałaś się jakoś wybronić z całej sytuacji. Dlaczego pobiłaś tamtą dziewczynę?
Przełknęłam ślinę i przygryzłam wargę. Nie miałam zamiaru dzielić się z nią jakimikolwiek tłumaczeniami. Zrobiłam, co musiałam, tyle w sprawie. Zerknęłam na moje dłonie. Na kostkach wciąż miałam delikatnie zaczerwienione ślady. Pamiętałam, jak pięści spotkały się z okrutną gębą tej zdziry. Powinna się cieszyć, że tylko tak się to skończyło.
– Jeśli potrzebujesz rozmowy, możesz zgłosić się do szkoln...
– Nie pójdę do psychologa – przerwałam jej, podnosząc wzrok. 
Uniosła idealnie wyregulowane brwi i zacmokała. 
– Nie przerywa się starszym, Leslie. 
– Przepraszam – bąknęłam. 
Z niezręcznej rozmowy wybawiła mnie wizyta starszego pana z teczką w dłoni. 
Dyrektorka przewróciła oczami i powiedziała: 
– Możesz iść. Ale pamiętaj, że z naszej szkoły również grozi wydalenie za tak niegodne zachowanie. 
Poderwałam się z krzesła i ruszyłam w stronę drzwi. Na odchodne rzuciłam jeszcze szybkie do widzenia i z ulgą wyszłam na korytarz. 

***

Zajęłam miejsce przed Sarą. Wyjęłam podręcznik do biologii i długopis. Obawiałam się, że jako nowa uczennica będę w centrum uwagi, ale na szczęście nikt nie zaszczycił mnie dłuższym spojrzeniem. Rozmowy ucichły, gdy w sali pojawiła się nauczycielka. Skinęła wszystkim głową i szybko się rozpakowała. 
– Dzień dobry – przywitała się w końcu, prostując się. – Zanim zaczniemy kolejny temat, chciałabym oznajmić, że do naszej grupy dołączyło dwoje nowych uczniów. 
Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się do Sary. Wzruszyła ramionami i przygryzła końcówkę długopisu. 
– Poproszę, żeby wyszli na środek i się przedstawili – dodała, po czym zajęła miejsce przy biurku.
Ociągając się wstałam i wyszłam na środek sali. Obok mnie stanął wysoki, czarnowłosy chłopak w skórzanej kurtce zarzuconej na biały T-shirt. Kiwnął ręką, dając mi znak, bym zaczęła. 
Wybełkotałam o sobie kilka słów, nie odrywając wzorku od drewnianej podłogi. Gdy skończyłam, przyszła kolej mojego towarzysza:
– Nazywam się Nathaniel Rader, we wrześniu skończę osiemnaście lat. 
Zerknęłam na niego zdziwiona. Był rok starszy niż ja. 
– Przeprowadziłem się do Batavii w zeszłym miesiącu, razem z moim starszym bratem. – Nie dodał nic więcej. 
Zajęłam swoje miejsce i odetchnęłam głęboko. Reszta lekcji ciągnęła się, a ja musiałam się pilnować, żeby nie zamknąć oczu na dłużej niż kilka sekund. 

***

Czarne niebo było jeszcze ciemniejsze, niż zwykle. Gwiazdy i księżyc tym razem zostały przesłonięte przez chmury. Oświetlałam ścieżkę między drzewami latarką z telefonu, wyłaniając z cieni dobrze mi znane krzaki i skały. Na jednej z brzóz powiewała pomarańczowa wstążka, którą przywiązałam kilka dni temu. Założyłam się ze Sarą kilka dni temu, że przetrwa ponad miesiąc, zanim ktoś ją weźmie lub zostanie rozszarpana przez jakieś zwierzę. 
Gałązki trzaskały pod moimi stopami. Zadrżałam, gdy ponownie zawiał wiatr. Palce miałam skostniałe z zimna. Zmarszczyłam brwi, gdy zauważyłam, że po prawej stronie kamienie ubrudzone były jakąś czerwoną mazią. Pewnie znowu chłopcy w moim wieku bawili się spreyami. Przewróciłam oczami. Czy oni kiedykolwiek dorosną? Jedyne co to zmieniały im się zabawki z każd...
Krzyknęłam. A przynajmniej próbowałam. Z moich ust wydobył się tylko cichy pisk. Nabrałam więcej powietrza i tym razem wrzasnęłam. Głośno. I nie mogłam przestać. Przede mną leżało rozszarpane ciało młodej dziewczyny.


Hej! A więc jestem z kolejnym rozdziałem, akcja zaczyna trochę się rozwijać. :) Następny rozdział powinnam wstawić już w przyszły weekend. Jeśli jesteś i czytasz, daj znać w komentarzu, żebym wiedziała, że mam dla kogo pisać. Pozdrawiam! <3

czwartek, 3 sierpnia 2017

Rozdział Pierwszy

– Halo? 
– Cześć, Leslie. Robisz coś dzisiaj wieczorem? – W słuchawce rozbrzmiał głos mojej najlepszej przyjaciółki. 
– Nie, raczej nie. – Usiadłam ciężko na obrotowym krześle i odrzuciłam brudną od kurzu szmatkę na blat biurka. – Ale w końcu wzięłam się za sprzątanie pokoju i obawiam się, że będę mieć niezłe zakwasy. 
Sara zaśmiała się, chrumkając. Zachichotałam pod nosem. 
– To lepiej, żebyś znalazła sobie w końcu jakiegoś przystojniaka, co by cię wymasował – powiedziała. – Albo wiesz co, sama ci go znajdę, to po masażu jeszcze ci zaserwuje wyśmienitą kolację. 
Pokręciłam z niedowierzaniem głową i wyciągnęłam się. Coś strzeliło mi w kolanie.
– A co za imprezę znowu wymyśliłaś? – zapytałam. 
– Jest domówka u Jody. Wiem, że jej nie lubisz, ty wiesz, że ja jej nie lubię, ale podobno będzie prawie cała szkoła. Poznasz paru pierwszych uczniów. To będzie dla ciebie super okazja i...
– Okej, okej. – Zaśmiałam się. – O dziewiętnastej będę wolna. 
– Świetnie. – Rozłączyła się bez słowa pożegnania – nic nowego.
Skończyłam ścierać kurze, przetarłam nawet każdą książkę na regale z osobna. Założyłam czystą pościel, umyłam podłogę i po paru godzinach ciężkiej pracy w końcu uznałam, że nareszcie jest czysto. Plecy bolały mnie od ciągłego schylania się. To właśnie dlatego nienawidziłam sprzątać. 
Zeszłam do kuchni, by nalać sobie szklankę soku. Upiłam łyk i otworzyłam lodówkę. Czas na małą przekąskę. Z salonu dobiegł mnie podniesiony głos mojej mamy. Zmarszczyłam brwi i wsłuchałam się w to, co mówiła, ale nie mogłam rozróżnić słów. Byłam pewna, że rozmawiała przez telefon, dlatego serce zaczęło bić mi szybciej, gdy usłyszałam mężczyznę, który coś jej odpowiedział. 
– To już nie jest prośba, Anno, rozumiesz? – Krzyknął na tyle głośno, że tym razem nie miałam najmniejszego problemu ze zrozumieniem. – Umawialiśmy się i jeśli nie dotrzymasz słowa, zaczniemy rozmawiać inaczej.
Dałabym sobie uciąć rękę, że Cody, mój starszy brat, ślęczał właśnie przy komputerze. Tata powinien być w pracy. Z kim więc kłóciła się mama? Najciszej jak potrafiłam odłożyłam szklankę na marmurowy blat. Po chwili zawahania na paluszkach podeszłam do salonu. Oparłam się plecami o ścianę przy drzwiach. Serce zaczynało wybijać coraz szybszy rytm. Zacisnęłam dłonie w pięści, próbując powstrzymać ich drżenie. 
– To nie jest najlepszy czas. Proszę cię, odpuść na razie. – Mamie mocno trząsł się głos. Nagle rozległ się stukot jej obcasów. Zapewne zaczęła krążyć po pokoju. – Trzeba to zrobić z głową, żeby ominąć falę nienawiści, na jaką możemy się  natknąć. 
Cisza. Przełknęłam głośną ślinę i naszła mnie irracjonalna myśl, że mogli to usłyszeć. Raz kozie śmierć. Weszłam do salonu, nerwowo się rozglądając. Na skórzanej kanapie siedział mężczyzna o szerokich barkach. Gruba blizna przecinała jego policzek od brwi aż do kącika ust, wyginając go nieznacznie w dół. 
– Mamo, co się dzieje? Kto to jest? – Wzięłam głęboki oddech, próbując się uspokoić. 
– Leslie, wracaj na górę. – Mama zatrzymała się przy jadalnianym stole. Stała strasznie sztywno, jak gdyby na siłę chciała zachować pozory spokoju. Zastukała paznokciami o szklany blat – to ją zdradziło.
– Ale...
– Powiedziałam coś – odparła chłodno. Spojrzała mi prosto w oczy i zmrużyła je nieznacznie. 
Wysunęłam buńczucznie podbródek. Już otwierałam usta, żeby się jej sprzeciwić, ale mężczyzna mi przerwał:
– To chyba nie jest ważne, kim jestem,  Leslie. Przynajmniej na razie. – Uśmiechnął się powoli i wstał. Zrobił kilka kroków w moją stronę, a ja odruchowo się cofnęłam. Przypominał mi najedzonego do granic możliwości lwa, który polował już nie dla pożywienia, a dla sportu. Ot tak, zabijał z nudów. 
Mężczyzna okazał się dużo wyższy, niż myślałam. Ledwo co sięgałam mu do piersi. Żołądek zacisnął mi się w supeł na myśl, że byłam wobec niego całkowicie bezbronna. Nie rozumiałam, dlaczego do głowy przychodziły mi tak głupie myśli. Przecież... to tylko jakiś facet. 
– Przemyśl sobie to, co ci powiedziałem, Anno. I pamiętaj, że zawsze dostaję to, czego chcę. A o to, co należy do mnie, cóż... Powinnaś wiedzieć, co jestem w stanie zrobić, by to odzyskać. – Odwrócił się gwałtownie do mojej mamy. – Przestańcie się przed tym wzbraniać, ty i twój zakłamany mężulek. 
Podszedł do drzwi wejściowych i otworzył je szeroko. Zadrżałam, gdy do środka wpadło chłodne, wieczorne powietrze. 
– Do zobaczenia, Leslie. – Spojrzał na mnie przeszywająco. Nie mogłam oderwać wzroku od jego ciemnozielonych oczu. Gdy zatrzasnął za sobą drzwi, wypuściłam z ulgą powietrze. Dopiero wtedy zorientowałam się, że w ogóle je wstrzymywałam. 

***

Usiadłam ciężko na fotel. Co do cholery właśnie się stało? Serce wciąż biło mi szybko i nierówno, jakbym pokonała bieg wytrzymałościowy na w-fie. Wytarłam dłonie o jeansy, próbując pozbyć się potu.
– Mamo, kto to był? Czego chciał? 
Mama jednak nie odpowiedziała. Unikała mojego wzroku, patrzyła się wszędzie, tylko nie na mnie. Ściągnęła mocno brwi, pomiędzy którymi utworzyła się pionowa zmarszczka. Włosy miała zebrane w ciasnego koka, przez co jej twarz wydawała się chudsza i bardziej pociągła. Stukała długimi paznokciami o blat, co tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że była tak zdenerwowana jak ja. Cierpliwie czekałam, aż zacznie mówić. 
Czy to możliwe, że moja mama zdradzała tatę z tym facetem? Ostatnio rodzice bardzo się kłócili, dużo częściej niż zwykle, a ich sprzeczki nie mijały po kilku dniach. Może chciał stałego związku, a... Nie, przecież powiedział, że rodzice są zakłamani, oboje. Tu chodziło o coś zupełnie innego.
A co, jeśli wpadli w jakieś długi? Firma zaczęła podupadać, a oni zaciągnęli kredyt, żeby jakoś wszystko ustabilizować... Nie mieli pieniędzy, żeby go spłacić, więc robili tylko więcej i więcej zaległości. Ale przecież banki nie działały w ten sposób. Wysłaliby komornika, byłaby jakaś rozprawa sądowa, przysyłaliby pisma, a nie kogoś, kto nachodziłby klientów w domu i zastraszał. Nic nie trzymało się kupy.
– Cukiereczku, przestań się tak zamartwiać, to nic takiego. – Mama próbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego tylko krzywy grymas. 
– Skoro nic takiego, to dlaczego nic mi nie mówisz?! Nie jestem dzieckiem, mam prawie siedemnaście lat! – Wstałam gwałtownie, ale nie za bardzo wiedziałam, co dalej. Zaczęłam krążyć po pokoju w tą i z powrotem. – Mam prawo wiedzieć, co się dzieje. Jakiś facet przychodzi tu i ci grozi, nie tylko tobie, tacie też, a ty twierdzisz, że to nic takiego?! Że mam się nie przejmować?! Jakby wpadł tu ktoś z nożem, też byś tak powiedziała? Bo ja nie widzę różnicy!
– Leslie, nakręcasz się, przestań. – Odwróciła się i weszła do kuchni. 
– Tylko tyle jesteś w stanie mi zrobić? Schować się i udawać, że jakiś koleś cię nie zastraszał?! – Wdech, wydech, Leslie. Uspokój się. Nic nikomu się nie stało. Kolana tak zaczęły mi się trząść, że usiadłam na oparciu fotela. Wdech, wydech. 
Cisza. Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zgrzytnęły. W porządku. Nie chciała rozmawiać, to nie. Może tata będzie wiedział cokolwiek. Poczekałam jeszcze kilka minut z nadzieją, że jednak dowiem się czegoś konkretnego. W końcu poddałam się i wróciłam na górę.
Rzuciłam się na łóżko i przymknęłam oczy. Nie potrafiłam przestać się zamartwiać. Gdy tylko uspokoiłam rozszalałe serce, gniew i strach znowu zaczynały przejmować nade mną kontrolę. Błędne koło, którego nie umiałam zatrzymać. Gdy zadzwonił telefon, nawet nie zerknęłam, kto to. Byłam pewna, że Sara podjechała, żeby zabrać mnie na imprezę. 
Błagam, niech nie wchodzi, niech nie wchodzi, nie wchodzi. Bóg chyba mnie wysłuchał, bo Sara się nie pojawiła. Nie miałam nawet sił zastanawiać się, jak bardzo się wściekła, że ją wystawiłam. Miałam na głowie inne problemy.

***

Śniadanie jedliśmy w ciszy. Słychać było tylko brzęk sztućców o talerze i ciche szmery dochodzące z dworu. Sama już nie wiedziałam, czy powinnam powiedzieć tacie o wczorajszym zajściu. Chciałam o tym zapomnieć, udawać, że nic się nie stało, ale na samą myśl, że dziwny facet mógłby znowu pojawić się w moim domu, traciłam apetyt. 
– A Cody'ego nie ma? – zapytała nagle mama, nie podnosząc wzroku znad stołu. 
– Cody miał wczoraj wolne, pewnie jeszcze nie wstał – odparłam cicho. Mój brat pracował na nocnej zmianie. Zawsze jak wracał z pracy, jadł z nami śniadanie i dopiero wtedy szedł się przespać. 
– Ach... No tak. – Zmarszczyła brwi wzięła do ust kęs kanapki. 
– A co u ciebie, Leslie? Stresujesz się przed pierwszym dniem w nowej szkole? – odezwał tata, poprawiając okulary. 
Chciałam powiedzieć, że mam trochę inne zmartwienia na głowie, ale zamiast wzruszyłam ramionami.
– Jak zawsze odważna. – Mrugnął do mnie i upił łyk kawy, głośno siorbiąc. Zachichotałam. 
– Poradzi sobie, już jest duża. 
Uśmiechnęłam się do nich i ziewnęłam przeciągle. Dlaczego lekcje nie mogły zaczynać się parę godzin później? Nie, żebym szła tam chętniej i pełna radości, ale przynajmniej bym się wyspała. Albo prywatne nauczanie, ustalanie sobie godzin, wybór nauczycieli. Sara na pewno uparłaby się na przystojnego bruneta dopiero po studiach, nie przepuściłaby takiej okazji. 
Po śniadaniu ubrałam dżinsową kurtkę i zarzuciłam torbę na ramię.
– Dasz sobie radę, kwiatuszku, nic się nie denerwuj – dodał jeszcze tata i pocałował mnie w czubek głowy, zanim wyszli. 
Wróciłam się do kuchni i wzięłam małą, żółtą karteczkę z pliku na szafce. Nabazgrałam na niej szybko kilka słów: 

Miłego dnia, Cody!
Błagam, nie zapomnij posprzątać pokoju, bo karaluchy za chwilę przeniosą się do mnie :/
Les.

Za pomocą magnesu przyczepiłam ją na lodówkę i wyszłam w chłodny, marcowy poranek. 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Prolog

Zmęczona kobieta opadła na łóżko, po czym przymknęła oczy. Brązowe włosy przykleiły się do jej spoconej, zaczerwienionej twarzy, a dłonie drżały jeszcze od wysiłku. Nie mogła uwierzyć, że właśnie została matką.
Ojciec nowo narodzonej dziewczynki wszedł na salę. Wsłuchiwał się w bicie małego serduszka, które doskonale słyszał nawet z korytarza. Gdyby właśnie w tym momencie ktoś zobaczył wielkiego Eagala, ich pana, nikt by nie uwierzył.
Bowiem na wiecznie poważnej twarzy, która nigdy nie okazywała litości, miłości czy jakiejkolwiek sympatii, pojawił się delikatny uśmiech. W dużych, zielonych oczach zagościła troska, gdy spojrzał na małe zawiniątko leżące w drewnianej kołysce. Z kocyka wystawały małe piąstki, którymi dziewczynka machała na wszystkie strony. Nie płakała. Już na samym początku nieświadomie pokazała ojcu, że była inna. Silniejsza.
Eagal nigdy nie sądził, że mógłby mieć dziecko. Owszem, uwielbiał dobrą zabawę z kobietami, więc nie mógł uniknąć potomków, ale to nie było to samo. Nie obchodził go los tych małych istot, które nie robiły nic po za płakaniem i jedzeniem. Niby po co nieśmiertelnemu królowi całego Landarku następca? Nie widział ich na oczy, nie miał zielonego pojęcia, czy w ogóle żyją i nie czuł potrzeby, żeby to zmienić. Co się zmieniło?
Ostrożnie wziął dziewczynkę na ręce i spojrzał w jej oczy – duże, błękitne i okolone czarnymi rzęsami. Miał nadzieję, że po jakimś czasie staną się szmaragdowe – takie jak jego. Pogłaskał delikatnie rzadkie, ciemnobrązowe włoski, a jego uśmiech się poszerzył. Nie mógł uwierzyć szczęściu. W ogóle było to dla niego nowe uczucie. To dziwne ciepło w środku, jakby w jego wnętrzu ktoś zapalił ogień, który zamiast poparzyć, jedynie ogrzewał. Poczuł też, że już nie jest sam. I nie chodziło wcale o matkę jego dziecka, bowiem była tylko kolejną z rzędu kobietą, którą posiadł.
– Musimy ją zabić. – Usłyszał ochrypnięty głos kobiety, która leżała na metalowym łóżku. Mimo zmęczenia starała się znaleźć w sobie siłę i łudziła się nadzieją, że zdoła posprzątać ten cały bałagan. Utkwiła spojrzenie w mężczyźnie i z wyrazem błagania na twarzy powtórzyła: – Musimy ją zabić.
Czarnowłosy mężczyzna zacisnął zęby i zwalczył odruch zaciskania także pięści, przypominając sobie o kruchej dziewczynce w jego ramionach, która zdążyła już zasnąć.
– Nie pozwolę ci jej skrzywdzić – rzekł stanowczym tonem. Nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że tej malutkiej istocie, za którą wziął odpowiedzialność, może się coś stać. - Jeżeli ją tkniesz, zapewnię ci najgorsze tortury w Otchłani – wysyczał, odwracając się w stronę kobiety.
Mimo jej zmęczenia uważał ją za jedną z ładniejszych, jakie spotkał. Tym razem pełne wargi nie zostały pomalowane szminką, do których kobieta miała tendencję. Ale te oczy... Te piękne, niespotykane złote oczy... 
– Nie rozumiesz – powiedziała głośno, jakby miała nadzieję, że gdy podniesie ton, mężczyzna zrobi to, o co go prosiła. – Żadne z nas nie ma pojęcia, na kogo ona wyrośnie. Jaką masz pewność, że gdy dorośnie, nie będzie jeszcze gorsza niż ty?  – Głos drżał jej delikatnie. Ociężale wstała z łóżka i ruszyła w stronę mężczyzny.   – A co, jeśli zwróci się przeciw tobie i twojej rasie? Nie boisz się, że was zniszczy? To jest zła decyzja, przecież dobrze o tym wiesz...
– Przeprowadzaliśmy już tą rozmowę kilka razy i moje zdanie się nie zmieniło. Nie będę ci się tłumaczył – odpowiedział tylko, stając tyłem do kobiety i tym samym zakrywając malutkie dzieciątko własnym ciałem. – Gdy tylko zniknę, wrócisz do siebie – rozkazał spokojnie.
Nagle koszulka na jego plecach zaczęła się rozrywać. Matka dziewczynki, przerażona, zrobiła kilka kroków w tył. Z ogromnych dziur w czarnym T-shircie zaczęły wyrastać pióra. Długie na kilkanaście centymetrów każde, czarne na zewnątrz i krwistoczerwone od spodu. Z każdą sekundą było ich coraz więcej i więcej, jak gdyby ktoś rozerwał poduszkę i wysypał jej wnętrzności na plecy mężczyzny. Jego twarz zastygła, gdy poczuł znajome dreszcze w barkach i ramionach. W końcu skrzydła pojawiły się w całości; długie do ziemi i szerokie co najmniej na metr.
Mężczyzna ugryzł się mocno w nadgarstek, aż poczuł metaliczny smak krwi. Ukucnął i pozwolił jej skapywać na białe kafelki, obserwując, jak u jego stóp tworzy się mała kałuża.
– Przestań! Nie możesz wziąć jej na ziemię! Zabraniam ci, słyszysz? – krzyczała bezradnie kobieta, nie mając odwagi w inny sposób zatrzymać mężczyzny. W końcu zamilkła, uświadamiając sobie, że już za późno. Nie dała rady.
Mężczyzna wyszeptał kilka słów i wraz z małą dziewczynką rozpłynął się w powietrzu.